Najlepsze doświadczenia meksykańskie

Trzy miesiące w podróży przez Meksyk, jak i moje dwie kolejne podróże do tego kraju wypełnione były cudownymi momentami. Spędzałam czas z miejscowymi, brałam udział w lokalnych imprezach i wydarzeniach kulturalnych. Zobaczyłam wiele pięknych miejsc, ale przede wszystkim przekonałam się o bogactwie tutejszej kultury. Które z meksykańskich doświadczeń wspominam jako te najlepsze? Kolejność przypadkowa :).

  • Obchody Dnia Zmarłych

Zobaczenie, jak wyglądają obchody Dnia Zmarłych w Meksyku, doświadczenie tej najważniejszej dla wielu Meksykanów tradycji było jednym z moich podróżniczych marzeń i jednym z powodów, by po raz kolejny do Meksyku wrócić. Spędzenie tego dnia w stanie Oaxaca nie zawiodło – było świętowanie na cmentarzach, były tradycyjnie stawiane na ten czas altares (ołtarze), były parady, przebrania i bogata symbolika tego święta. Więcej na ten temat tu.

  • Nurkowanie w cenotach

Nurkowanie marzyło mi się od dawna. Podobnie jak cenoty (naturalne studnie krasowe wypełnione wodą). Najlepszym rozwiązaniem było więc połączenie tych dwóch rzeczy, czyli nurkowanie w cenotach, których to na meksykańskim półwyspie Jukatan jest mnóstwo. Kurs nurkowania zrobiłam w jednych z ciekawszych: Eden i Casa Cenote. Jak było? Oczywiście nieziemsko! Już samo pływanie w cenotach jest super, ale to co najlepsze czeka na nas na dole – tam, gdzie ryby, jaskinie, a do tego niesamowite zjawiska świetlne… Zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką zrobiłam na Jukatanie :).

Jeśli jesteście zainteresowani kursem nurkowania w Meksyku, polecam polską szkołę nurkowania Mexico ScubaTime (i powiedzcie, że jesteście ode mnie ;)).

  • Wielkanoc w San Luis Potosi

Meksyk uwielbia wszelkie celebracje, procesje, fiesty itd. Nie przeżyć choćby jednego świętowania w Meksyku, to jak gdyby w ogóle nie być w tym kraju. Z wielu tutejszych celebracji, w których brałam udział szczególnie wspominam obchody Wielkanocy. Miałam okazję spędzić ją w miejscu, gdzie wielkanocne procesje są najciekawsze, czyli w San Luis Potosi. W Wielki Piątek odbywa się tu Procesión del Silencio (Procesja Ciszy), podczas której możemy zobaczyć mieszkańców miasta w charakterystycznych kolorowych strojach ze spiczastymi czapkami, niosących platformy przedstawiające poszczególne stacje drogi krzyżowej. Obserwowanie procesji jest doświadczeniem iście mistycznym.

Poza procesją w czasie Wielkanocy w SLP dzieje się o wiele więcej, jak choćby tzw. „spalenie Judasza”, odbywają się różnorodne targi, występy itd. W mieście jest wtedy wesoło i kolorowo. Co ciekawe, przyjeżdża wtedy sporo turystów, ale głównie meksykańskich (mieszkańcy Meksyku uwielbiają podróżować w czasie Wielkanocy). Obcokrajowców w San Luis Potosi za bardzo się nie uświadczy, co tylko zwiększa wrażenie autentyczności w tym jednym z najładniejszych (a przynajmniej moim zdaniem ;)) meksykańskich miast.

O Wielkanocy w San Luis Potosi przeczytacie tu.

  • Objazd i biwaki w stanie San Luis Potosi (w tym Huasteca Potosina)

Cały stan San Luis Potosi kryje w sobie dużo magii. Położone w pustynnych górach ruiny dawnych górniczych miasteczek, jak Real de Catorce przyciągają szukających mistycyzmu. A miłośnicy natury ciągną do malowniczych widoków w regionie Huasteca Potosina, słynącym z wodospadów, rzek, naturalnych basenów, surrealistycznych ogrodów… Wielu z moich meksykańskich znajomych uważa ten region za najpiękniejszy w całym kraju. A ja na pewno mogę przyznać, że widok wodospadu Tamul z idealnie niebieską wodą był jednym z bardziej niesamowitych, jakie widziałam w Meksyku.

Stan San Luis Potosi zjeździłam trochę inaczej niż resztę kraju, bo podróżując autem z moimi tutejszymi znajomymi i śpiąc pod namiotami w najpiękniejszych widokowo miejscach. Dzięki temu mogłam jeszcze lepiej poznać różnorodność tego stanu, który aktualnie zaliczam do czwórki najciekawszych meksykańskich stanów (na równi z Oaxaca, Veracruz i Chiapas).

  • Relaks w San Cristobal de las Casas

A skoro o Chiapas mowa, nie można nie wspomnieć o San Cristobal de las Casas, mieście, w którym prawie wszyscy zostają dużo dłużej niż planowali. Dlaczego? Właściwie ciężko to wyjaśnić, ale Sancris ma w sobie coś takiego, co przyciąga. Miasteczko jest ładne, kolorowe, ale na pierwszy rzut oka nie wydało mi się aż tak piękne, jak niektóre inne meksykańskie miasta… Bo to chyba nie o urodę samą w sobie tu chodzi ;). Fascynujące jest idealne współistnienie tu różnych światów: typowych backpackersów, prawdziwych (i nieprawdziwych ;)) hipisów i miejscowych, wciąż zachowujących swoją kulturę. I jakimś cudem każdy czuje się tu jak u siebie… i nie chce stąd wyjechać.

W Sancris można po prostu siedzieć i rozkoszować się klimatem miasta, ale warto poznać też jego okolice: kaniony, wodospady, społeczności zapatystów i zachowujące swoje tradycje wioski. Szczególnie polecam Chamulę, w której znajduje się najdziwniejszy kościół, jaki kiedykolwiek widziałam. Mogłam stać godzinami patrząc się na to, co w tym kościele się dzieje… A co się dzieje? Półmrok, mnóstwo świeczek, na podłodze igliwie, a ubrani tradycyjnie (czyli w stroje z sierści) miejscowi odprawiają rytuały: piją coca-colę i tutejszy alkohol pox i… ukręcają głowy kurczakom!

  • Eksplorowanie meksykańskich ruin

Przed wyjazdem do Meksyku nie byłam fanką ruin i tych wszystkich stanowisk archeologicznych. Nawet Machu Picchu nie rozkochało mnie w sobie. Aż tu trafiłam do meksykańskich ruin i tak się zaczęło… Najpierw był Teotihuacan, koło miasta Meksyk, który powalił majestatycznością i widokami z najwyższej piramidy (i była to moja pierwsza piramida, na którą weszłam!). Potem było kilka mniej imponujących ruin i w końcu moje ulubione ruiny Majów w Chiapas (no i znów to Chiapas!): prawie całkiem pusta Tonina i położone w dżungli, zaskakujące Palenque. W Meksyku zrozumiałam, że odkrywanie ruin może być niezwykle fascynującym zajęciem.

  • Spacery po dżungli w okolicy Palenque i nocleg w El Panchan

A jak już jesteśmy przy Palenque… muszę się przyznać, że całkowicie pokochałam okolice ruin w Palenque. Co ciekawe, oficjalnie udostępniony do zwiedzania teren to tylko mały fragment z olbrzymiego obszaru ruin, które w większości ukryte są w dżungli. Spacerując po dżungli możemy poczuć się jak Indiana Jones, odkrywając poszczególne konstrukcje, które to możemy mieć tylko dla siebie. A nocleg w jednej z chatek w położonym w dżungli El Panchan, wsłuchując się w jej odgłosy to kolejne z mistycznych meksykańskich doświadczeń.

  • Odkrywanie nieodkrytego Veracruz

Podczas mojego pierwszego pobytu w Meksyku spotkałam sporo osób ze stanu Veracruz i dużo się nasłuchałam o tamtejszych zwyczajach i tradycjach. Do tego jeszcze piosenka „Mi tierra veracruzana” rozbudziła moją fascynację tym zaskakująco mało popularnym regionem. A jednak Veracruz nie było mi wtedy po drodze. Stan ten odwiedziłam dopiero przy okazji kolejnego powrotu do Meksyku. I co mnie tam czekało? Z jednej strony kolorowe miasteczka z widokami na najwyższy szczyt Meksyku – Pico de Orizaba, z drugiej: karaibski, pełen muzyki klimat położonego na wybrzeżu miasta Veracruz (czyli najstarszego miasta założonego przez Hiszpanów w kontynentalnej części Ameryki!). Do tego wszechobecny zapach kawy i najprzyjaźniejsi ludzie, jakich poznałam w Meksyku!

  • Szukanie magicznych mikstur na Mercado Sonora w mieście Meksyk

Meksyk to magia. Dosłownie. Tak przynajmniej wierzy sporo miejscowych, którzy szczęściu chcą pomóc odprawiając brujerias (czary). Jak się zabrać do brujerias? Nic prostszego – wystarczy udać się do jednego z wielu magicznych sklepów na Mercado Sonora w mieście Meksyk (nie jest to oczywiście jedyne miejsce z takimi sklepami, ale jest tu ich największe zagęszczenie). Na Sonora znajdziemy olejki, balsamy, mydła, świeczki na miłość, pieniądze, zdrowie czy też na zaszkodzenie komuś. A tutejsi sprzedawcy z chęcią podzielą się z nami swoją magiczną wiedzą, wyjaśniając w jaki sposób używać którego specyfiku. Ja odwiedziłam Mercado Sonora z ciekawości, ale wciąż w zdumienie mnie wprawia to, ile osób w Meksyku faktycznie wierzy w czary i przychodzi tu, żeby, jak wierzą, dopomóc swojemu szczęściu.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o mercado, oglądajcie tu.

  • Atmosfera Festiwalu Kulturowego w Zacatecas

Miałam takie szczęście, że właściwie wszędzie, gdzie byłam w Meksyku coś się działo: procesje, święta, festiwale, przemarsze… A ciąg kulturalnych wydarzeń, w których brałam udział zaczął się od Zacatecas, dlatego to Festiwal w przeuroczym Zacatecas wspominam wyjątkowo ciepło. Festiwal Kulturowy rozpoczyna się przed Wielkanocą i trwa dwa tygodnie. W tym czasie pięknie oświetlone, brukowane uliczki centrum pełne są sprzedawców sprzedających wszystkie możliwe meksykańskie cudowności (słodycze, biżuterię, ubrania, pamiątki i inne mniej potrzebne duperele ;)), na głównym placu odbywają się koncerty miejscowych artystów (zwykle jest też jakaś większa meksykańska gwiazda), mnóstwo jest wystaw, przedstawień i innych atrakcji. Podsumowując: jest wesoło, kolorowo i bardzo meksykańsko (Festiwal cieszy się dużą popularnością wśród Meksykanów, ale zadziwiająco małą wśród obcokrajowców ;)).

  • Poznawanie barów studenckiego Guanajuato

Guanajuato to kolejne miasto, które skradło moje serce. Te chyba mogę nawet nazwać najładniejszym w całym Meksyku (a przynajmniej w mojej skromnej opinii ;)). Kolorowe domki, wąskie uliczki, gwar tutejszego targu, najpiękniejszy widok na okolicę ze wzgórza… Aż dziw bierze, że tak mało tu zagranicznych turystów (wszyscy chyba skupili się w pobliskim, dużo mniej autentycznym San Miguel de Allende). W Guanajuato zamiast turystów rządzą studenci: to tu znajduje się jeden z bardziej znanych meksykańskich uniwersytetów, w mieście panuje wyluzowana atmosfera, a wieczorami studenci wypełniają ulice. A jako że jest studencko, to jest i tanio. Guanajuato to jedno z lepszych miejsc, by zrobić sobie ekonomiczne degustacje różnych rodzajów mezcalu o najciekawszych smakach w jednym z wielu klimatycznych barów.

  • Stopowanie w Oaxaca i doświadczanie różnorodności tego stanu

Oaxaca to jeden z moich ulubionych stanów. Lubię go za różnorodność widoków, kulturę, kuchnię i ludzi. Stan Oaxaca objechałam cudownie działającym tu autostopem. Odwiedziłam kolorowe miasteczko Oaxaca, pobliskie ruiny i pięknie położone naturalne baseny, przyciągające hipisów górskie miasteczko San Jose del Pacifico i widowiskowe wybrzeże. Każde miejsce było jedyne w swoim rodzaju. To, co jednak jeszcze bardziej niż widoki urzekło mnie w Oaxaca to doświadczenia kulturowe. Chodzenie po tutejszych targach, próbując typowych dla tego regionu dań (a jest ich naprawdę sporo), przygotowanych przez tradycyjnie ubrane kobiety to istna uczta dla zmysłów. W okolicy stolicy stanu miałam też okazję być na tradycyjnej imprezie z okazji Dia del Albañil (Dzień Murarza, obchodzony 3 maja). Była prawdziwa wiejska fiesta, dużo mezcalu, latino muzyka na żywo i meksykański wodzirej w weselnym stylu. A do tego siedząca obok mnie bardzo żwawa staruszka, co chwilę sugerująca: „Och! Nie wiem, jak to się stało, że już mam pusty kieliszek!”. Tak się bawi Oaxaca :D.

Dlaczego jeszcze warto odwiedzić ten stan? Jak twierdzi moja miejscowa koleżanka, Oaxaca to jeden z tych niesamowitych i niestety już niewielu stanów, gdzie młodzi wciąż mają radochę z pielęgnowania dawnych zwyczajów i tradycji. Jest więc szansa, że Oaxaca jeszcze przez jakiś czas tradycyjną pozostanie.

O pięknie tego stanu przekonuje wywodząca się stąd artystka Lila Downs:

  • Meksykańskie początki i bycie jedynym obcokrajowcem w Saltillo

Saltillo było pierwszym miejscem, które odwiedziłam w Meksyku. Położone na północy kraju, w stanie Coahila nie jest uważane za szczególnie turystyczne miejsce – a już na pewno nie dla obcokrajowca. Ja zaczynałam swoją meksykańską podróż od Saltillo, bo miałam tam znajomych. Odwiedzenie Saltillo jest jednak samo w sobie na tyle dziwne, że urzędnik na lotnisku patrząc na moje dokumenty wjazdowe przetarł oczy ze zdumienia: „Ale jak to Saltillo?”. A tymczasem Saltillo z mojej perspektywy miało dużo do zaoferowania: prawdziwie meksykańską atmosferę, przesympatycznych, co chwilę zagadujących mnie mieszkańców, urocze centrum i zaskakująco dużo ciekawych muzeów (jak Muzeum Śmierci czy interaktywne Muzeum Pustyni). A do tego, piękne położenie wśród pustynnych wzgórz i istne perełki w okolicy: magiczne wioski, winnice (tak, w Meksyku robią nawet wino!), jaskinie itd. Z pewnością istotnym faktem, dla którego mi się tu tak podobało było to, że to tu mogłam pierwszy raz zasmakować Meksyku i słynnej meksykańskiej gościnności.

  • Szwendanie się po meksykańskich mercados (targach)

Nie tylko we wspomnianym Oaxaca urzekały mnie targi. Jestem największą fanką właściwie wszystkich meksykańskich targów (no może poza tymi typowo turystycznymi). Mercado to zwykle pierwsze miejsce, w jakie udaję się w każdym mieście. To tu mogę zobaczyć, co sprzedają, co kupują, co jedzą i jak się zachowują miejscowi. Na meksykańskich targach jest gwarno, kolorowo i chaotycznie. To też zwykle najlepsze miejsce w mieście, by zjeść prawdziwe meksykańskie jedzenie (w wersji charakterystycznej dla danego regionu). I oczywiście by porozmawiać z miejscowymi. To na targach przeprowadziłam jedne z ciekawszych rozmów o Meksyku, o Polsce i… o naszym papieżu! Załzawione oczy sprzedającej soki mieszkanki Zacatecas pokazującej mi zdjęcia papieża i wspominającej jego pielgrzymkę do Zacatecas na długo pozostaną mi w pamięci.

  • Rozkoszowanie się meksykańską kuchnią

Nie będę oryginalna. Jak spora część innych turystów, ja też pokochałam meksykańską kuchnię. W każdym stanie, który odwiedziłam (a było ich szesnaście!) próbowałam najbardziej typowych potraw, nie mogąc zdecydować się, która jest najlepsza. Zakochałam się w mole z Puebli i w chilaquiles z San Luis Potosi (chilaquiles popularne jest w całym Meksyku, ale to w SLP jadłam je po raz pierwszy i było absolutnie najlepsze). Za każdym razem wracałam też do próbowania kolejnych rodzajów tacos sprzedawanych na ulicy. Kuchnia meksykańska wywarła na mnie taki wpływ, że ciężko mi już sobie wyobrazić jedzenie bez tortilli, limonki i obowiązkowego picante (ostrego sosu). Meksykańskie jedzenie to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. I niesamowicie wciągające!

Więcej o kuchni tu.


Niesamowitych doświadczeń było oczywiście w Meksyku jeszcze więcej. Wspomnieć należy choćby picie tequili w Tequili, wypoczynek na rajskiej wyspie Holbox czy powrót do przeszłości, oglądając inscenizację początku rewolucji meksykańskiej w Valladolid. Bardzo miło wspominam też tak Proste chwile, jak szwendanie się po wyjątkowo pustej (w tygodniu nie ma tu prawie nikogo) wyspie Janitzio w bardzo tradycyjnym stanie Michoacan czy jeżdżenie rowerem po najbardziej kolorowym Campeche. Sam pobyt w Meksyku całościowo mogę uznać za jedno z piękniejszych doświadczeń w moim życiu. Po zobaczeniu już wielu innych krajów latynoskich to właśnie Meksyk powalił mnie na kolana i rozkochał w sobie na tyle, że byłam tam znacznie dłużej niż planowałam i… już myślę o powrocie ;).


Jeśli zainteresował Was ten wpis, przeczytajcie też:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s