Oaxaca – kulturalne serce Meksyku

Mnóstwo kolorów, ciekawe zwyczaje, przyroda i pyszne jedzenie. Położona na południu kraju Oaxaca to jeden z bogatszych kulturowo meksykańskich stanów. Mnie zafascynował aż tak, że nie wystarczyły mi spędzone tu dwa tygodnie. Do Oaxaki wróciłam raz jeszcze – na Dzień Zmarłych, by podziwiać celebrowanie tego święta przez miejscowych. Miałam okazję zobaczyć dwie twarze Oaxaki – spokojną i mniej turystyczną i tę bardziej imprezową, przyciągającą turystów z całego świata. Oba oblicza były jedyne w swoim rodzaju. Włączcie którąś z piosenek Lili Downs (tutejsza sztandarowa piosenkarka, której muzyka była dla mnie jednym z motywów do odwiedzeniu Oaxaki) i przenieście się w meksykański świat.

Oaxaca Hierve el Agua panorama

Dwukrotnie moją bazą do zwiedzania Oaxaki była stolica stanu. Oaxaca to miasto z gatunku tych, w których prędko nudzić się nie będziemy. Główny plac – Zocalo zawsze pełen jest miejscowych – rozmawiających między sobą o życiu czy chętnych do rozmów z nami. Lokalny klimat tutejszych ławeczek trochę kłóci mi się z eleganckim klimatem otaczających plac kawiarni – w czasie obchodów Dnia Zmarłych okupowanych przez zagranicznych turystów. Ja wolę zostać w centrum placu, podziwiając wystawione tu altares (ołtarze na Dzień Zmarłych) czy przechodzące parady.

Nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła położonych na południe od Zocalo targów. Na Mercado Benito Juarez znajdziemy wszystko, co do szczęścia potrzebne – piękne lokalne stroje, pamiątki i tysiąc innych dupereli. Obok znajduje się Mercado 20 de Noviembre, gdzie możemy spróbować potraw, z których słynie Oaxaca – tlayudas, czyli kruchych, zapiekanych tortilli z warzywami czy mięsem albo kurczaka w mole – słodko-ostrym, czekoladowym sosie (niebo w gębie!). Tutejszy mercado jest zadziwiająco uporządkowany i czysty, ale i tak poza sezonem turystycznym (czyli poza m.in. Dniem Zmarłych) oblegany jest głównie przez miejscowych, a jedzeniowo możemy tu znaleźć prawdziwe perełki. A po odwiedzeniu targów nie ma to jak spacery przez o wiele bardziej chaotyczne uliczki je otaczające. To też w tej okolicy możemy odnaleźć prawdziwe cantiny – czyli tanie, wyjątkowo nieeleganckie bary, w których kupimy produkowany tu mezcal (lokalny napój z agawy).

 

Natomiast na północ od Zocalo znajduje się ta bardziej uporządkowana część miasta. Otoczony przez kolorowe budynki deptak ciągnie się od Katedry do imponującego kościoła Santo Domingo. W okolicy znajdziemy mnóstwo galerii i klimatycznych kawiarni. Gubić się w tutejszych uliczkach możemy bez końca. Idąc jeszcze dalej na północ dojdziemy do kolorowej i utrzymanej w artystycznym klimacie dzielnicy Xochimilco. Warto wejść również na punkt widokowy na górującym nad miastem wzgórzu, skąd roztacza się imponujący widok na Oaxakę. Na koniec nie zapomnijmy zahaczyć o elegancki Plaza de la Danza – jeden z najładniejszych placów, poza piękną architekturą, słynący też ze sprzedawanych tu, przepysznych lodów.

 

Miasto Oaxaca jest kolorowe, klimatyczne i wypełnione lokalną kulturą. Oaxaca to zapach produkowanej tu czekolady, to kobiety o indiańskich rysach w strojach z lokalnymi motywami, to w końcu kultywowane tu tradycje. Fakt, że niestety staje się też już dość turystyczne – a przynajmniej w najbardziej popularnych okresach. Kiedy odwiedziłam je po raz pierwszy, to jest na początku maja, wydało mi się spokojne i bardzo „localsowe”. W czasie Dnia Zmarłych było już inaczej – sama zdziwiłam się, że aż tylu obcokrajowców przyjechało na obchody tego święta. Na szczęście jest wciąż tu sporo miejsc, gdzie nawet w gorącym okresie możemy uciec od tłumów.

 

Poza miastem Oaxaca czekają na nas urocze i bardzo tradycyjne wioski i miasteczka w okolicy. Ja miałam szczęście zamieszkać w położonym tuż obok miasteczku Xoxocotlan. Xoxo (wymawiaj: hoho), jak zwane jest w skrócie przez miejscowych, podczas pierwszych odwiedzin wydało mi się ładnym, spokojnym, choć niczym nie wyróżniającym się miejscem. To jednak tu miałam okazję doświadczyć rodzinnego życia i zobaczyć obchody Dnia… Budowlańca! Święto to obchodzone jest 3 maja (!) i jako że rodzina, w której mieszkałam posiada firmę budowlaną jest to data dla nich szczególnie ważna. Była więc impreza przypominająca nasze wiejskie wesele – z tą różnicą, że zamiast wódki był mezcal, a zamiast disco polo była meksykańska cumbia! To w Xoxo, poznając miejscowych młodych ludzi zrozumiałam, że Oaxaca w odróżnieniu od wielu innych meksykańskich regionów wciąż lubi bawić się tradycją, wciąż ma z tego radochę!

 

Kulminacja atrakcji, które oferuje Xoxo przyszła jednak na Dzień Zmarłych. Przyjechałam ponownie do domu moich miejscowych znajomych i… okazało się, że to właśnie w Xoxo znajduje się jeden z najbardziej tradycyjnych cmentarzy. To na tutejszym olbrzymim cmentarzu w czasie dwóch najważniejszych nocy Święta Zmarłych: z 31.10 na 1.11 (noc, kiedy schodzą do nas dusze zmarłych dzieci) i z  1. na 2.11 (noc, kiedy przychodzą dusze wszystkich pozostałych zmarłych) zbierają się przy grobach bliskich miejscowi, przynosząc alkohol i jedzenie i świętując wspólnie ze zmarłymi. Jest magicznie i kolorowo, przeszkadza tylko nadmiar turystów, którzy również to celebrowanie chcą zobaczyć. Na szczęście turyści szybko się nudzą, tylko co wytrwalsi mają szczęście doświadczać tego święta do późna z miejscowymi. W Xoxo są też mniejsze i bardziej kameralne cmentarze, gdzie Dzień Zmarłych spędzałam w atmosferze szczególnie rodzinnej…

 

Mimo bogatych tradycji Xoxo nie jest jednak najładniejszym miasteczkiem w okolicy Oaxaki. Położona obok Zaachila z czwartkowym targiem wydała mi się o wiele bardziej malownicza. Dużo uroczych wiosek i miasteczek położonych jest w okolicy drogi do Mitli. Jedną ze słynniejszych jest zadziwiająco uporządkowane Tule. Mimo że Tule słynie głównie z olbrzymiego i bardzo starego drzewa, to z pewnością nie jest to jedyny powód by je odwiedzić. Potem mijamy jeszcze kilka ciekawych miasteczek, mamy okazję odwiedzić jedną z wielu destylarni mezcalu, by w końcu dotrzeć do tradycyjnej Mitli. Mitla, mimo że sama w sobie ciekawa, służy głównie jako punkt wypadowy do istnego cudu natury – niesamowitych wodospadów, Hierve el Agua. Wodospad to w sumie chyba średnia nazwa dla tego tworu, bo wodospad ten jest… skamieniały. Te formacje skalne o kształcie wodospadu utworzone zostały przez pełną minerałów wodę. Wody spływającej na dół nie widać, ale w naturalnych źródłach możemy się kąpać… powyżej wodospadów! Podobno tutejsza woda ma właściwości zdrowotne i, co nie ulega wątpliwości, relaksujące. Sama okolica też nastraja pozytywnie, bo i widoki stąd są niezwykłe.

 

Oaxaca to też ruiny dawnych cywilizacji. A największymi i najpiękniej położonymi z nich jest Monte Alban, znajdujące się tuż koło stolicy stanu. Monte Alban w IX w n.e. było stolicą imponującego imperium Zapoteków. Teraz wciąż imponuje: świetnie zachowanymi konstrukcjami i niesamowitym położeniem na wzgórzu, z widokiem na całą okolicę. Monte Alban śmiało można uznać za jedne z najciekawszych prekolumbijskich ruin w Meksyku.

 

W Oaxace sporo czasu możemy spędzić eksplorując kolejne ruiny czy tradycyjne wioski i miasteczka. Ale jeśli będziemy chcieli odmiany od tego pełnego kultury świata i czegoś bardziej… hipisowskiego, zawsze możemy ruszyć do… San Jose del Pacifico. Położoną, wbrew nazwie, w głębi lądu wioskę upodobali sobie szukający mistycznych doznań hipisi i backpackersi. A to z powodu… rosnących w tej okolicy halucynogennych grzybów. O tego typu doznaniach Wam osobiście więcej nie powiem, natomiast rozumiem mistykę tego miejsca. San Jose jest pięknie i jednocześnie swojsko położone wśród pokrytych zielonymi lasami wzgórz i stanowi przyjemne miejsce na zarówno górskie wędrówki, jak i odpoczynek od upału pozostałych części Oaxaki.

 

A te największe z upałów czekają na nas na… wybrzeżu stanu. Wybrzeże Oaxaki to jedno z najgorętszych miejsc, jakie odwiedziłam w Meksyku (dorównuje mu tylko Campeche). Słońce praży niemiłosiernie, gorąc nie ustępuje ani na chwilę, nawet w nocy… takie są realia wybrzeża w najgorętszym miesiącu, czyli maju. Było ciężko, ale… i tak było pięknie. Okolice Puerto Angel, Zipolite i Mazunte przyciągają plażami i wakacyjnym klimatem. Pierwsze ze wspomnianych miasteczek jest najbardziej localsowe, drugie najbardziej surfersko-hipisowskie (to tu znajduje się jedyna w Meksyku plaża dla nudystów – choć w rzeczywistości użytkowana też przez tych ubranych ;)), a trzecie… jest chyba takie najbardziej dla wszystkich ;). Klimat jest przyjemny i leniwy. Mazunte jest nieduże, robi momentami wrażenie trochę zbyt trendy-backpackerskiego, ale tutejsze zachody słońca podziwiane z przylądka Punta Cometa są więcej niż imponujące. O wiele bardziej popularne (szczególnie wśród surfujących gringo) Puerto Escondido podobało mi się znacznie mniej. Ładne plaże kryją się też w cichych zatoczkach rodzinnego Huatulco, ale nie ma tam tego czegoś (i tych zachodów słońca) co możemy odnaleźć w okolicach Mazunte.

 

Jeśli chcecie przenieść się na chwilę do magicznej Oaxaki, oglądajcie video promocyjne regionu z udziałem wspomnianej Lili Downs: https://www.youtube.com/watch?v=KD8vb8noP84

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s