Boliwijskie perypetie

Przypadek 1.

Przekraczamy granicę w brazylijskiej Corumbie i spieszymy się w kierunku słynnego „pociągu śmierci” (śmierci, bo podobno kiedyś służył do transportu ofiar żółtej febry), którym planowałyśmy ruszyć na podbój Boliwii. Według naszych wcześniejszych ustaleń pociąg miał odjechać za godzinę. Pan taksówkarz, który miał nas dowieźć z granicy na dworzec przekonał nas jednak, że nasze informacje są nieaktualne i pociąg już Sucredawno odjechał, a nam pozostaje udanie się w dalszą drogę autobusem. Zamiast pociągu było zatem długie czekanie na bardzo klimatycznym dworcu autobusowym, by następnie udać się w kilkugodzinną podróż, przerywaną przez krzyki sprzedawców wchodzących do pojazdu na każdym z postojów.

Później okazało się, że pociąg jednak odjeżdżał zgodnie z naszymi przewidywaniami. Ale dzięki nam pan taksówkarz na pewno dostał swoją „dolę” za to, że wybrałyśmy przejazd autobusem – z polecaną przez niego firmą.

Przypadek 2.

SamaipataSamaipata – urokliwa mała miejscowość słynąca z preinkaskich ruin, my na poboczu drogi, gdzie ma się zatrzymać „nasz” autobus do Sucre (autobus, na który mamy już wykupione bilety). Autobus jednak postanawia przejechać koło nas, nie zatrzymując się w ustalonym miejscu i z premedytacją olewając nawet nasze desperackie machanie i wioząc nasze wykupione miejsca w dalszą trasę bez nas.

Zamiast „naszych” miejsc był więc przypadkowy, pierwszy lepszy autobus, który udało się nam zatrzymać. Bilety musiałyśmy kupić więc raz jeszcze. A „pierwszy lepszy” oznaczał autobus zapakowanymi miejscowymi z mnóstwem tobołów, z dziećmi leżącymi na korytarzu i rozwalonymi fotelami, i który to na dodatek w środku nocy na jakiejś górskiej drodze postanowił się zepsuć (na szczęście niezawodne postukanie młotkiem w silnik uratowało sytuację ;)).

Co prawda, gdy w końcu dojechałyśmy do celu podróży udało się nam odzyskać pieniądze za niewykorzystany bilet, ale zawdzięczamy to tylko wielu krzykom, dyskusjom i kłótniom, które uskuteczniłyśmy.

Przypadek 3.

Tym razem już prawie na granicy boliwijskiej-peruwiańskiej. Z miejscowości Copacabana (nie mylić z brazylijską Copacabaną ;)) nad jeziorem Titicaca planujemy udać się do Arequipy w Peru. Okazuje się, że nie mamy wystarczająco gotówki, a jedyny bankomat w mieście postanawia Copacabanaprzestać działać. Zarezerwowałyśmy jednak ostatnie miejsca na autobus w jednej z firm, obiecując, że wrócimy za dwie godziny, żeby zapłacić. W tym czasie planowałyśmy wypłacić pieniądze w banku. Na szczęście nagle zaczął działać bankomat, więc super szczęśliwe, że mamy gotówkę wróciłyśmy do owej firmy.

Ale jak to w Boliwii bywa, okazało się, że naszych miejsc już nie ma. Nie było też pana, który dla nas te miejsca rezerwował, a pani go zastępująca stwierdziła że żadnej rezerwacji nie było, skoro nie mamy oficjalnego potwierdzenia (jakby niby Boliwia była krajem, w którym da radę uzyskać jakiekolwiek oficjalne potwierdzenia…), a to, co jest napisane na temat naszej rezerwacji w ich zeszycie było według niej tylko jakimś bazgrołem. Znowu były więc krzyki i kłótnie, ale miejsc odzyskać się nie udało, a zamiast tego czekała nas dużo bardziej skomplikowana podróż z kilkoma przesiadkami.

I mnóstwo innych, pomniejszych historii.

  • La PazLa Paz, jakieś lokalne święto, występy, mnóstwo ludzi. Spacerując po barwnych uliczkach stolicy i próbując przebić się przez ogromny tłum, nagle zostajemy obrzucone kawałkami ziemi. Trochę zdezorientowane zaczynamy je z siebie strzepywać, podchodzi też starsza kobieta chcąca nam „pomóc”, a minutę później nie mam już telefonu.
  • Mała miejscowość pośrodku niczego, dworzec kolejowy. Czekamy na pociąg, który odjeżdża jednocześnie o bardzo różnych godzinach – o 23.30, o 24.00, 1.00, 2.30. Każda zapytana osoba, nawet każdy pracownik dworca, ma swoją własną, wyimaginowaną godzinę. Ostatecznie okazuje się, że pociąg odjeżdża o 1.30. A kiedy dojeżdża do celu? Dokładnie nie wiadomo, ale na pewno z co najmniej kilkugodzinnym opóźnieniem.
  • A gdy w końcu dojeżdżamy tam, gdzie planowałyśmy dojechać, wtedy właśnie, żeby nie było za pięknie, okazuje się, że atrakcja turystyczna, którą miałyśmy zwiedzić, jest zamknięta – bo sobota, bo niedziela, bo sjesta, bo fiesta, bo strajk.

Boliwia uznana została przez Światowe Forum Ekonomiczne za kraj z najbardziej nieprzyjaznym nastawieniem miejscowej ludności do turystów. Chyba już wiecie, dlaczego ;).

Żaden inny kraj nie spowodował u mnie tak wielu frustracji. Jednocześnie żaden nie budzi we mnie tak sprzecznych uczuć… Bo jak już jednak do Boliwii pojedziemy, dowiemy się, że coś tu jednak, poza denerwującymi miejscowymi, jest. Co takiego? Odpowiedź wkrótce, w drugiej części boliwijskich historii :).

Reklamy

10 komentarzy do “Boliwijskie perypetie

  1. Ciekawość zżera mnie na te atrakcje. Niechęć lokales do turystów, jest w swej mocy wprost proporcjonalna do wielkości wrażenia jakie robią atrakcje turystyczne.
    A o patencie krojenia komórki ,,na glebę” jeszcze nie słyszałem.

    Polubienie

  2. Widzę nieźle się bawiłyście próbując ogarnąć transport 🙂 Boliwia to jeden z krajów który strasznie mnie interesuje i bardzo chciałabym go zwiedzić, dlatego że mało jest relacji ludzi podróżujących po tym kraju. Mam wrażenie, że stoi on trochę na uboczu.

    Polubienie

  3. Mam bardzo podobne doświadczenia…też bankomaty nie chciały mi wydać kasy, a kończyła mi się gotówka w San Borja, stanęłam w dramatycznej sytuacji, bo nie miałam czym zapłacić za nocleg, na szczęście właściciele kwatery byli stosunkowo przyjaźni i pozwolono rano poszukać rozwiązania, Western Union oraz przypadkowo spotkany Hiszpan tam pracujący, który wymienił mi 5 euro na pesos boliwijskie poratował sytuację. Też w Santa Cruz de Sierra oszukano mnie na dworcu autobusowym, sprzedając bilet do Rio de Janeiro, który miał być bezpośredni, długo czekałam, po czym okazało się że autobus jechał tylko do granicy, tam miałam przesiąść się do linii brazyliskiej Andorinia, okazało się , że wcale nie współpracują…i straciłam tym samym sporo kasy, w tym samym czasie w autobusie przyciśnięto mi palec u nogi i straciłam paznokieć, ból niemiłosierny. Zgłosiłam się na policję, proponowano mi powrót do Santa Cruz po roszczenia zwrotu kasy, ale śpieszyłam się do Rio na wolontariat, wróciłam tą samą drogą i udałam się na tamten dworzec, sprzedający zwalił winę na osobę która miała mnie odebrać na granicy i odwrotnie, zwrócono mi połowę należności, na następną część miałabym poczekać, dużo kręcenia, w końcu sobie darowałam. W cochabamba pani sprzedająca na targu zawołała mnie, powiadamiając, że jestem obserwowana i mogę u niej przeczekać. Także podróżując przez 13 krajów Ameryki Łacińskiej w Boliwii miałam najwięcej nieprzyjemnych sytuacji zaledwie w przeciągu niecałych 2 tygodni, jednakże spotkałam też wielu przyjaznych ludzi, oferujących wsparcie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s