Historia pewnego napadu

Był taki dzień, kiedy zwątpiłam w moją ukochaną Amerykę Południową. Historia ta przydarzyła mi się 3,5 roku temu, gdy byłam na wymianie w São Paulo, w Brazylii. Wszystko opisałam wtedy na moim poprzednim blogu. Poniżej znajdziecie napisany od razu po tym wydarzeniu wpis (żeby było wciąż tak samo emocjonująco i w zgodzie z tym, co wtedy czułam, wrzucam go bez poprawek):

Jadąc do Brazylii znajomi żartowali, że kupią mi kamizelkę kuloodporną, bo w takim kraju na pewno mi się przyda. Mimo że miałam świadomość tego, że jadę do kraju, gdzie różne rzeczy się dzieją („Miasto Boga” i te klimaty), nie myślałam o tym, że faktycznie ja mogę czegoś złego doświadczyć. Gdy słyszymy doniesienia z gazet i z telewizji o tym, co się dzieje gdzie indziej, rzadko kiedy myślimy, że i nas coś takiego może spotkać. Ja też tak myślałam. Aż do ostatniej niedzieli – 22.04.2012.

Przez pierwsze trzy miesiące wymiany mieszkałam w budynku zwanym Residencial 9 (R9), w którym mieszkania wynajmowali przede wszystkim studenci z naszej wymiany. Mimo że w budynku nie było najlepszych warunków, a jego właściciel to krętacz jakich mało, mieszkało nam się tam całkiem dobrze. Dużo exchange’ów, dużo imprez, zawsze jest z kim pogadać. Moje mieszkanie na 7. piętrze (razem z Rosjanką, Kanadyjczykiem i Niemcem) też sprawdzało się całkiem nieźle.

Tego dnia wyjechał akurat mój kolega z wymiany, którego w ostatnim czasie odwiedzało rodzeństwo (jego brat i 13-letnia siostra), które miało zostać tu jeden dzień dłużej niż on. Postanowiliśmy, że pójdziemy razem do baru na pokaz filmów organizowany przez inne osoby z wymiany. Z baru wyszliśmy ok. 23, więc gdy doszliśmy do R9 było pewnie ok. 23.20. Gdy wchodziliśmy do budynku wszystko wydawało się normalne. Jak zawsze zadzwoniliśmy domofonem. Otworzył nam stary portier, siedzący jak zawsze przy biurku niedaleko wejścia. Zaczęło się dopiero, gdy wchodziliśmy do windy. Nagle pojawiło się obok nas trzech zamaskowanych gostków z pistoletami w dłoniach. Windą zabrali nas na 10. piętro. I tu zobaczyłam najgorszy obrazek. Zaprowadzili nas do kuchni, gdzie na podłodze siedziało albo leżało już z kilkanaście osób z naszej wymiany mieszkających w R9. Z związanymi rękami i nogami i z zasłoniętymi twarzami. Większość trzęsła się, niektórzy popłakiwali. Miałam wrażenie, że nie dzieje się to naprawdę. To wszystko wydawało mi się tak nierealne, jakbym oglądała jakiś film. Kazali nam usiąść na podłodze koło reszty osób. Powiedzieli, że jeśli wstaniemy, jeśli się poruszymy, jeśli będziemy próbowali się porozumiewać, zabiją nas. Też związali nam ręce i nogi, zakneblowali usta, a głowy przykryli jakimiś bluzami. Przeszukali nam kieszenie. Miałam w tym wszystkim takie głupie szczęście w nieszczęściu, że sprawdzili mi tylko kieszeń, w której miałam kasę – wzięli gotówkę, ale nie sprawdzili drugiej kieszeni, w której miałam klucze, nie wiedzieli więc gdzie mieszkam. Wzięli jednak klucze od chłopaka, z którym weszłam do R9 i poszli na jego piętro przeszukać jego pokój. Za chwilę ściągnęli jeszcze kolejne osoby, które tam znaleźli. Przetrzymywanych z nami było też paru Brazylijczyków mieszkających w budynku.

Nie wiedziałam, ile czasu to wszystko trwa, nie widziałam, co się dzieje, słyszałam tylko co chwilę ich głosy i pokrzykiwania i kroki sprowadzanych osób. Byłam w takim szoku, że nie byłam w stanie zdobyć się na nic – żaden płacz, tylko siedziałam i trzęsłam się. Starsza Brazylijka, którą posadzili obok mnie zaczęła mówić do mnie półgłosem, żebym się nie bała, że na pewno nic nam nie zrobią. W pewnym momencie powiedzieli, że idą na kolejne piętra po resztę osób. Zgasili światło i wyszli. Po jakiś 20 minutach osoby, które nie miały zakneblowanych ust zaczęły rozmawiać półgłosem, zastanawiając się, czy oni już wyszli, czy to już koniec. Jednemu z chłopaków jakimś cudem udało się uwolnić ręce i zaczął rozwiązywać innych. Po jakimś czasie wszyscy byliśmy wolni. Dopiero wtedy spora część osób zaczęła płakać. Wciąż jednak nie wiedzieliśmy co robić, co się dzieje, czy oni faktycznie wyszli. Ktoś z nas wyszedł na balkon. Okazało się, że policja (jakieś 10 samochodów) jest już na dole, że już ktoś ich powiadomił. Czekaliśmy więc na nich na piętrze, ale wciąż nie przychodzili. Ktoś z nas krzyknął w końcu do nich. Usłyszeliśmy z dołu, że być może złodzieje są nadal w środku, więc muszą jeszcze wszystko sprawdzić. Okazało się więc, że to jeszcze nie koniec, że nadal nie możemy się czuć pewnie. I znowu zaczęło się to czekanie, kiedy nie było wiadomo, co się dzieje. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy faktycznie oni są jeszcze w budynku, co zrobić, jak tu przyjdą. Siedzieliśmy wszyscy w pokoju, nagle usłyszeliśmy hałas przy windzie. Do pokoju weszło trzech policjantów, w końcu wszyscy mogliśmy odetchnąć z ulgą.

Zaraz potem zeszłam na swoje piętro, okazało się, że nie było ich tam, więc prawie nic, poza gotówką, którą miałam w kieszeni, nie straciłam. Weszli tylko na niektóre piętra. Część osób z R9 nawet nie wiedziała, że coś się dzieje, siedząc spokojnie w swoich pokojach. Ja i tak nie byłam jednak w tak złej sytuacji, jak niektóre inne osoby, którym ukradli laptopy, aparaty, więcej pieniędzy i dużo innych rzeczy. Ukradli nawet samochód mieszkającego w budynku taksówkarza.

Dowiedziałam się, że wszystko zaczęło się od 10 piętra, gdzie właśnie grupa Niemców, razem z kolegą Holendrem (na dodatek z jego mamą i bratem, którzy właśnie go odwiedzali), zabierali się do jedzenia wielkiej, właśnie co zrobionej lazanii. Tam właśnie nagle pojawiła się grupa zamaskowanych osób z pistoletami, grożąc im i plądrując całe mieszkanie. Potem zgarniali po kolei osoby wchodzące do budynku, wchodzili na część z pięter i sprowadzali wszystkich na 10 piętro.

Co po tym wszystkim jeszcze przerażało, to zachowanie policji. Zachowywali się jakby nic się nie stało. Na dodatek panował straszny zamęt w tym wszystkim. Nikt nie wykazywał zainteresowania, żeby towarzyszyć nam w sprawdzaniu naszych pięter, nikt nie potrafił powiedzieć, co mamy teraz robić. W końcu, w związku z tym, że prawie nic nie straciłam, postanowiłam nie jechać na policję. Część osób więc pojechała, a część z nas została. Policja oczywiście stwierdziła, że możemy już iść do siebie spać, ale nikt z nas nie zamierzał tam zostać. Pojechaliśmy do znajomych spędzić noc.

Była to jedna z najgorszych (o ile nie najgorsza) sytuacji, jakie przeżyłam kiedykolwiek. Na szczęście już jest lepiej, czuję się dużo lepiej, a reakcja ze strony uczelni była naprawdę godna pochwały. Zapewnili nam następną noc w luksusowym hotelu, a przez kolejny tydzień wyżywienie all inclusive w uczelnianej restauracji, możemy się więc śmiać, że jakieś pozytywy tej sytuacji są. Do tego jesteśmy sławni – mówili o nas w telewizji, pisali w prasie.

Nigdy nie sądziłam, że cokolwiek nawet w części podobnego do tego może mi się przydarzyć. Są osoby, które żyją tu przez wiele lat i nigdy im się nic nie przytrafiło. Ja nie miałam takiego szczęścia. Ale żyję, nic mi nie zrobili, jakoś się ogarniam. Po takim przeżyciu człowiek też zaczyna bardziej doceniać to, co ma. Mi pozostaje więc dalej cieszyć się wymianą i… Ameryką Południową.

Wpis ten zamieściłam nie po to, żeby kogoś przestraszyć, a raczej, żebyście mieli świadomość potencjalnych zagrożeń. Po tym wszystkim spędziłam jeszcze sporo czasu, podróżując po Ameryce Południowej i czułam się tu dość bezpiecznie. Ten jeden raz miałam pecha, ale na szczęście nie zniechęciło mnie to do dalszych podróży :).

Reklamy

2 komentarze do “Historia pewnego napadu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s