Wolontariat to nie pluszowy miś.

Wolontariat Chocolatada (6)Chciałam pojechać na wolontariat. Chciałam mieć poczucie, że robię coś dobrego. Chciałam pomagać. A przy okazji chciałam też wrócić do Ameryki Południowej i znów tam trochę pomieszkać. Stwierdziłam zatem: jadę na wolontariat do jakiegoś latynoskiego kraju.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać… Ja bowiem nie zamierzałam za swoje „pomaganie” płacić. A szukając w Internecie wolontariatu, znajdziemy mnóstwo stron, gdzie za naszą chęć zrobienia czegoś dobrego musimy słono zapłacić. Nawet ok. 2000 dolarów miesięcznie! Tak, to nie żart… I wcale nie jest to opcja All Inclusive.

Wśród programów, które nie wiążą się z tak ogromnymi wydatkami ze strony wolontariusza wyróżnia się Wolontariat Europejski (European Voluntary Service, w skrócie EVS) – program współfinansowany przez Unię Europejską, gdzie mamy zapewnione przeloty, ubezpieczenie, zakwaterowanie i gotówkę na podstawowe wydatki na miejscu. Projektów poza Europą jest jednak zwykle jak na lekarstwo. Przypadkiem trafiłam jednak na ofertę wolontariatu w Peru. Spontanicznie zgłosiłam się. I… się dostałam (oczywiście po kilkuetapowej rekrutacji, ale to już temat na inną historię ;)).

Afro-peruwianczycyMimo że o wolontariacie myślałam wcześniej, ostateczna decyzja, co do wyjazdu nie była oczywista. Profil organizacji pozarządowej, do której miałam jechać budził u mnie trochę wątpliwości. Miałam pomagać w organizacji zajmującej się młodzieżą afroperuwiańską, tj. mającej korzenie afrykańskie (czyli będącej potomkami niewolników, którzy dawno temu zostali sprowadzeniu na południowy kontynent). Walczą oni o to, żeby ci, którzy mają jakiekolwiek korzenie afrykańskie z ludnością afroperuwiańską się identyfikowali, żeby nie czuli się dyskryminowani, żeby ich obecność w Peru była w jakiś sposób widoczna. Jest więc bardzo dużo tematów związanymi z prawami człowieka, prawami mniejszości i… dużo polityki. O części z tych rzeczy wiedziałam, z części zupełnie nie zdawałam sobie sprawy.

Wolontariat Chincha (2)Program wolontariatu, na który jechałam był częścią projektu w ramach EVS, który skupiał się na rozwoju współpracy międzykulturowej w świecie nowoczesnych technologii informatycznych. Na wolontariat w Peru zostałam przyjęta z pewnością dlatego, że znałam się na reklamie i marketingu internetowym i podobno takiej osoby tam właśnie potrzebowali. Miałam zajmować się głównie promocją organizacji i organizacją eventów (m.in. warsztatów z dziećmi i młodzieżą).

Rzeczywistość a wyobrażenia to jednak zwykle dwie oddzielne kwestie. Jak zatem wyglądał mój wolontariat:

  • Wolontariat Peru (2)Moja organizacja w największym stopniu zajmowała się polityką, szczególnie, że w Peru był to okres tuż przed wyborami prezydenckimi. Były więc kongresy polityczne, spotkania z przedstawicielami partiami, walka o uwzględnianie postulatów afroperuwiańskich w programach partii i o… parytety wyborcze. Problem tylko taki, że ani nie jestem wielkim znawcą polityki (a zwłaszcza tej peruwiańskiej), ani jakoś szczególnie mnie polityka nie interesuje, ani… nie jestem zwolenniczką parytetów wyborczych. Tak więc łatwo w tych tematach odnaleźć mi się nie było.
  • ChinchaTo, czym jednak głównie się zajmowałam to typowa administracja: wykonywanie jakiś telefonów, ogarnianie jakiś dokumentów, potwierdzanie jakiś spotkań. Robiłam też za głównego tłumacza – tłumaczyłam wszystko, co się da z hiszpańskiego na angielski. Prowadziłam też profile organizacji na portalach społecznościowych, ale już działania promocyjne, którymi miałam się zajmować, były bardzo ograniczone. A to, na co liczyłam najbardziej – czyli praca „w terenie”, z dziećmi i młodzieżą, stanowiło jeden z najmniej znaczących dla NGO obszarów działalności. Zdarzyło mi się być parę razy w okolicach Chinchy (położony na południe od Limy region, w znacznym stopniu zamieszkany przez ludność afroperuwiańską), gdzie mieliśmy jakieś warsztaty dla młodzieży i jedno spotkanie świąteczne dla dzieci z biednych rodzin, ale… było tego zdecydowanie za mało.
  • To, co jednak było moim głównym problemem na wolontariacie to samotność… W działalność organizacji zaangażowanych było ok. dwudziestu osób, ale… była to miejscowa młodzież, normalnie studiująca czy pracująca, udzielająca się tylko w czasie spotkań weekendowych albo w ramach poszczególnych eventów. W codziennej pracy w biurze były nas zwykle tylko dwie, maksymalnie trzy osoby, a czasami było i tak, że byłam sama. Co więcej, z żadną z osób z organizacji nie udało mi się nawiązać bliższych kontaktów. Przyjechałam do Limy nikogo na miejscu nie znając, ale z nadzieją zakumplowania się chociaż z osobami, z którymi miałam pracować. Niestety nie wydawało się, żeby zależało im na zintegrowaniu się ze mną. Nikt nie wyszedł mi naprzeciw, nikt nie zaproponował oprowadzania po Limie, czy wyjścia na kawę. Na spotkaniach, które mieliśmy też często czułam się wykluczona. A nie jestem osobą, która ma problemy z kontaktami towarzyskimi. Jedynym momentem, kiedy w tym aspekcie było trochę lepiej był miesiąc, kiedy w organizacji pomagała też trójka wolontariuszy z AIESEC-u z Kolumbii i nie byłam w końcu jedynym obcokrajowcem.
  • wolontariat LimaDość ciekawe były też warunki mojej codziennej pracy. Biuro, w którym pracowałam ciężko byłoby faktycznie nazwać biurem. Była to bardziej pokojo-klitka, bez okien, a za to z mrugającym, słabym światłem jarzeniówek i z niedziałającą łazienką (z toalety musiałam korzystać w sklepie albo w knajpie obok). Co więcej, mieściła się ona w budynku, który ponoć przedstawiał realne zagrożenie w czasie trzęsienia ziemi i nie powinien być użytkowany. Od początku mojego pobytu słyszałam, że z biura tego prawdopodobnie będziemy się wkrótce wyprowadzać, więc nie opłaca się nic naprawiać. Ostatecznie nigdy się nie wyprowadziliśmy.
  • Plusem biura była jednak jego lokalizacja – mieścił się tuż przy Plaza Mayor w samym centrum Limy. Choć może raczej należy stwierdzić, że ta lokalizacja byłaby plusem… gdyby nie to, że ja mieszkałam od centrum baaardzo daleko. Na dojazd potrzebowałam ponad godzinę, a w korkach nawet dwa razy tyle. Poza historiami o przeprowadzce biura słyszałam i o tym, że będą starali się mi znaleźć lokum znacznie bliższe miejsca pracy. Oczywiście to też nigdy nie nastąpiło (co nie jest dziwne, bo mój pokój mieścił się w mieszkaniu należącym do „prezesa” organizacji, więc było to dla NGO dość wygodne i niskobudżetowe rozwiązanie). Co więcej, spodziewano się, że będę codziennie woziła w tę i we w tę swojego laptopa do pracy, co dość znacznie ograniczało moją mobilność i zmniejszało moje poczucie bezpieczeństwa. Miało być to rozwiązanie bardzo czasowe, ale gdy w drugim miesiącu stwierdziłam, że na zmiany się nie zanosi zaprotestowałam. I dopiero wtedy znalazł się w „biurze” jakiś komputer dla mnie.
  • Nie do końca jasne były też dla mnie kwestie finansowe mojego wolontariatu. Na początku mojego pobytu umowę, którą podpisywałam próbowano zmienić wpisując tam inną (oczywiście mniejszą) kwotę niż miałam dostawać i ich tłumaczenie w tym temacie było co najmniej „zamotane”. Ostatecznie to nie nastąpiło, ale „kieszonkowe”, które dostawałam i tak wystarczało tylko na najbardziej skromne możliwie utrzymanie (niedostosowane do warunków życia w Limie, która aż tak tania nie jest).

Lima

Czy zatem wszystko było tam aż takie złe? Na pewno nie. Ale głównie dlatego, że udało mi się samej ułożyć sobie dość fajne życie w Limie. Na spotkaniach Couchsurfingowych i dzięki znajomym znajomych poznałam dużo świetnych osób, z którymi trzymałam się do końca pobytu w tym kraju – zarówno Peruwiańczyków, jak i obcokrajowców, a nawet moich rodaków :). Zakumplowałam się m.in. z wolontariuszami z innej organizacji, w której to nie dość, że robili wartościowe rzeczy, to i atmosfera była zgoła inna. Miałam więc już w Limie swoją paczkę, a nawet kilka paczek znajomych, nie nudziłam się i generalnie dobrze mi się tam żyło.

A dodatkowo, mogłam sporo podróżować. Jako że w ramach mojego wolontariatu dużo było spotkań i eventów weekendowych, mogłam sobie później „odbierać” te dni w ciągu tygodnia. Do tego dochodziły oficjalne dni urlopowe i kilka miejscowych dni świątecznych. Miałam więc  wystarczająco dużo czasu na odwiedzenie różnych regionów Peru. A po zakończeniu wolontariatu miałam jeszcze możliwość pojechania na miesiąc do Ekwadoru.

Wolontariat ChocolatadaMimo że nie wszystko na moim EVS-ie wyglądało tak, jak powinno… wyjazdu na wolontariat nie żałuję. Choćby dla tych kilku wzruszających wydarzeń, jak Chocolatada dla dzieciaków, warto było rzucić wszystko i wyjechać. Doświadczenie wolontariatu uczy na pewno radzenia sobie w trudnych sytuacjach, a także w relacjach międzykulturowych. I daje solidną możliwość doszlifowania języka (dzięki wyjazdowi mogę powiedzieć, że mówię teraz naprawdę dobrym, płynnym hiszpańskim). Oczywiście nie było idealnie i może już wcześniej pewne rzeczy powinny mi dać do myślenia, ale… wszystkiego po prostu nie przewidzimy. Decydując się na taki wyjazd, musimy liczyć się z tym, że nie wszystko, co będziemy robić, będzie nas bardzo interesować, że nie wszyscy będą nas traktować, tak jak byśmy oczekiwali, że nie wszystko będzie tak proste, jak miało być. Oczywiście możemy szukać tej idealnej opcji (niekoniecznie w ramach EVS), żeby mieć większą pewność, że to, co dana organizacja robi będzie i pożyteczne, i zgodne z naszymi celami, ale gwarancji, że tak rzeczywiście będzie nie da nam nikt.


Jeśli jesteście zainteresowani pojechaniem na Wolontariat Europejski, zachęcam do zapoznania się z informacjami praktycznymi.

Reklamy

1 komentarz do “Wolontariat to nie pluszowy miś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s